Jesteś tutaj

Strona główna

Morze Andamańskie

Tym razem, krótko byłem sam bo 28.11 okrętowałem już nową załogę z Piotrem Gąsowskim, Arturem, Jackiem i Marcinem . Trasa klasyczna na Morzu Andamańskim: Phi Phi, Krabi, Ko Yao Yai, Ko Chong i Ao Chalong. Generalnie nie ma tutaj zbyt dużo wiatru ale jak się okazuje nie nawet tak łagodnego morza nie należy lekceważyć, bo gdy w pobliżu Ao Nong powiało ponad 40 węzłów spod Cumulusa załoga poczuła powagę sytuacji na tyle, że sama znalazła kamizelki ratunkowe, bez polecenia, normalnie nie zawsze pamiętając przykazania kapitańskie.
Podmuch trwał około godziny i mógł zrobić wrażenie, mnie zaś najbardziej martwił ponton ,który holowany za rufą wraz z zwiększającą się falą mógł się wywrócić.
Drugi moment, który zapamiętamy to jak podczas odpływu osiedliśmy na mieliźnie.
Miałem już podobne doświadczenie w Brunei i nie przypuszczałem, że może się powtórzyć, a jednak... Podczas rzucania kotwicy w pobliżu Ao Po, we właściwym odpowiednio głębokim miejscu wystąpiły problemy z winda kotwiczną, podczas naprawy zdryfowało nas w płytsze miejsce a ja ponownie nie sprawdziłem pozycji i znaleźliśmy się 20 metrów za daleko od bezpiecznej przy odpływie głębokości. Gdy po 2 godzinach Piotr wskoczył do wody było już tylko 180cm(Ulysses ma 190cm zanurzenia),mimo prób wyjścia zabrakło tych 10 cm, a potem już było tylko gorzej, woda uciekła do zera a jacht leżał na burcie. Nie da się żyć na jachcie pochylonym 45 stopni, do tego 32 stopnie Celsjusza na zewnątrz. Za błędy się płaci, tym razem obyło się bez uszkodzeń, skończyło się na niewygodzie i zmianie planów. Będa mieli chłopaki co opowiadać!
Pusto się zrobiło gdy po tygodniu wyjechali. Single again. 
Na szczęście tylko na dwa tygodnie bo 13.11. przylatuje do mnie Ojciec, który był i jest dla mnie opoką. Towarzyszył mu przyjaciel z młodości Staszek Kondraciuk.
Władek ma 78 lat, jest pełen energii ale klimat Tajlandii gorący i wilgotny dawał mu się we znaki, aklimatyzacja trwała kilka dni.
Jego przyjazd wzmocnił mnie szczególnie teraz kiedy mineły ponad 3 lata od wypłynięcia i kontakty z przyjaciółmi uległy rozluźnieniu. Tajlandia od strony morza jest piękna a do tego nocne rozmowy z Ojcem, czy można oczekiwać więcej ?
I podczas tej sielanki, w najpiękniejszym miejscu na Morzu Andamanskim w Mayo Bay o mało nie utraciłem Ulyssesa...
Mayo Bay to przepiękna zatoka na Malej Phi Phi, w tym miejscu kręcono film ,,Plaża” z boskim Leonardo de Capri, dobrze osłonięta wysokimi skałami ciągu dnia zatoka jest pełna łodzi z turystami pustoszejąca wieczorem. Wolna boja i perspektywa obudzenia się w tym wyjątkowym miejscu spowodowały, że zostaliśmy tu na noc. Dokładnie sprawdziłem mooring i boję aby w nocy spać spokojnie, wyglądały bardzo porządnie i solidnie. Noc mimo silnego wiatru minęła spokojnie, w zatoce nie było dużej fali, dlatego gdy rano około 0800 poczuliśmy nagłe szarpnięcie.Przygotowywałem właśnie śniadanie dlatego czas mojej reakcji był lekko opóźniony i dopiero dżwięk alarmu kotwicznego wyrwał mnie na pokład.
Gdy znalazłem się kokpicie, Ulysses prawie dotykał dziobem skał, deszcz wbijał się w twarz a wiatr SW w porywach osiągał ponad 45 węzłów. Dzięki szczęściu, kluczowi w stacyjce, niezawodnemu silnikowi Yanmar oraz ,, wrodzonej” przytomności umysłu udało się z odpłynąć od pionowej skały. Zgięta listwa rolfoka i przetarty żagiel potwierdził jak blisko byliśmy katastrofy, sztagiem Ulysses otarł się o występ skalny. Głupi ma szczęście ale co drugi...
To było czwarte zdarzenie podczas którego mogłem pożegnać się z okrętem. Czwarte ale najbardziej spektakularne. Mówią trzy razy sztuka...
Uciekliśmy na morze gdzie wiało 9B, na szczęście za wyspą fala nie było duża.
Ostatecznie po przepłynięciu cieśniny miedzy wyspami, schowaliśmy się w dobrze osłoniętej zatoce na dużej Phi Phi. Ta przygoda pozbawiła nas energii - nikt nie miał ochoty zwiedzać wyspy. Pozostała część rejsu upłynęła bez ekstremalnych przygód.
Seniorzy będą mieli co wspominać po powrocie.
Próbuję podłapać na miejscu jakieś czartery ale nie wychodzi to specjalnie bowiem trudno się dogadać z Tajami, a nie mając pozwolenia na pracę musze być ostrożny.
 
Dobrze znoszę samotność na morzu i lubię być sam gdyż nieczęsto zdarzają się ludzie,których uszczęśliwia czysty horyzont i szum wody. Na Oceanie wszystko jest proste, trzeba płynąć do przodu i temu podporządkowane jest życie na jachcie. Na lądzie gdy nagle jest tyle możliwości a nie ma z kim ich dzielić - robi się smutno. Większość postojów spędzam na kotwicy co już powoduje pewną izolację. Na innych jachtach pływają przeważnie starsze pary przeważnie dość hermetyczne i poza pogodą i nawigacją nie ma wielu wspólnych tematów a do tego niewielu Tajów mówi po angielsku, lub mówią bardzo słabo. 
Tajlandia jest piekna: krystaliczna woda, malownicze skalne zatoki, mili ludzie, świetna tajska kuchnia ale trzeba to z kimś dzielić... Na szczęście na jachcie zawsze jest robota, zawsze coś do naprawiania, klarowania i to ratuje sytuację. Moja wyprawa jakby starcia na impecie. Obserwując siebie stwierdzam, że mój entuzjazm poznawczy też się wyczerpał..
Samotna walka z martwą materią, upały i wilgoć tropikalna, życie na krawędzi ekonomicznej trochę mnie zmęczyło, trzeba wracać. Lubię długie przeloty a ocean jest lekarstwem dla duszy i juz mnie wzywa. Najszybsza droga prowadzi przez Morze Czerwone i już wiosną można być na Morzu Śródziemnym, czyli w Europie, znaczy w domu. Dłuższa droga naookoło Przylądka Dobrej Nadziei jest kusząca ale bardziej wymagająca, również finansowo co jest powodem, który na dzisiaj ja wyklucza.
Dosyć pitolenia bo wielu chętnie by się zamieniło a przede mną jeszcze kawał Drogi...
 
Ostatni miesiąc spędziłem pływając krótkie odcinki miedzy wyspami, zapomniałem trochę co to żeglarstwo. Na szczęście konieczność odnowienia wizy tajskiej, która co miesiąc wymaga opuszczenia Tajlandi i ponownej odprawy, zmusiła mnie do krótkiego rejsu do Langkgawi w Malezji. Odległość nie jest duża tylko 120 mil, ale trasa nie jest przyjemna ze względu na brak wiatru i nocny slalom miedzy łodziami rybackimi i sieciami, który nie pozwala spać. Ponownie przypomniałem sobie jak jest gonić horyzont. Trochę śmieszna była początkowa nadwrażliwość na siłę wiatru, przyzwyczajony do zefirku gdy powiała normalna piątka odbierałem ją  z poczuciem zagrożenia. Na szczęście wkrótce wszystko wróciło do normy.
Po 27 godzinach rzuciłem w kotwicę w Kuach na Langkawi.
Poprzednio Malezja wydawała mi się nudna, lecz teraz za drugim razem uderzył mnie spokój i idące za nim poczucie bezpieczeństwa. Nie ma tutaj ciągłego warkotu ,,długich łodzi” jak w Tajlandi a i na lądzie ludzie są zdecydowanie bardziej zrelaksowani, spokojniejsi. Mam tutaj do załatwienia parę spraw jak naprawa silnika, zakup paliwa( 3zł/litr), trunków na bakszysz(20zł/l whiskey dla urzędników w Kanale Sueskim,trzeba korzystać z wolnocłowej strefy.
Zanosi się , że jestem tutaj ostatni raz bo jak nie znajdę towarzystwa na rajd do Indonezji, zdecydowanie wracam do domu. W lutym przez Morze Czerwone lub w lipcu start naokoło przylądka Dobrej Nadziei. Na te trasy też przydałaby się załoga ale zmęczyło mnie poszukiwanie i przekonywanie potencjalnych załogantów, że mimo ograniczeń przestrzennych i władzy kapitańskiej wolność jest jeszcze tylko na morzu i że będąc na oceanie żyje się tu i teraz i nie da się myśleć o problemach lądowych a załatwia to po prostu Ojciec Ocean. Nie mniej dla potencjalny chętnych pozostawiam swój email: ulysses@g.pl.
I to by było na tyle...

Dołącz do załogi!!

Dołącz do ZałogiRejs śladami Wagnera
To nie tylko sposób uczczenia pamięci pierwszego Polaka, który opłynął świat. Ten rejs to także okazja do spełnienia marzeń o wielkiej przygodzie, okazja do poznania nowych ludzi i samego siebie.
Być może zrobiłeś już w życiu wszystko czego chciałeś, ale jeśli ciągle czujesz głód nowych przeżyć.
dołącz do nas!!

 


Śladami Wagnera i jego Zjaw
Artykuł opisujące wrażenia z rejsu na www.pearlharbor.pl

 

 

 

 

PRAXIS FÜR ANÄSTHESIOLOGIE & AMBULANTES OPERIEREN * SPEZIELLE SCHMERZTHERAPIE & AKUPUNKTUR