Jesteś tutaj

Strona główna

New Britain, New Ireland, Emirau 2-12.01.2013

Zatoka,  nad którą leży Rabaul to po prostu duży krater powulkaniczny. Wokół pięć wulkanów,  z czego jeden dymiący. W zatoce sennie, na kotwicy stoi kilka podrdzewiałych statków rybackich. Kierujemy się w stronę Jachtklubu, którego znalezienie utrudnia brak jakichkolwiek jachtów w zatoce.

Udało się. Łapiemy boję naprzeciw pomostu klubowego. W głębi lądu bar klubowy- rzecz niezbędna w żeglarstwie,  a w nim zimne piwo. Członkowie klubu zwykle spotykają się w barze późnym popołudniem. Mieszka tu kilku Australijczyków, Niemiec Kristof, który okazał się niezwykle sympatyczny i pomocny.  I to wszyscy biali w Rabaul. W powietrzu czuć powiew nostalgii za lepszymi czasami sprzed wybuchu wulkanu w 1994 roku, który zniszczył miasto.  Nigdy nie wróciło ono do dawnego stanu. Funkcję stolicy prowincji przejęło sąsiednie Kokopo. Właściciel hotelu - James - opowiada, jak po wybuchu wulkanu miejscowi plądrowali miasto oraz podjęli próbę ataku na hotel.  Atak został odparty przy użyciu sztucera, co znacznie schłodziło temperament napastników. W tym momencie zaczynam żałować, że nie mam broni na Ulyssesie. Również Rod pływa z bronią na swoim motorowym kutrze, mimo, że wszyscy go tutaj znają, gdyż tu się urodził.
Na drugi dzień Kristof zabiera nas do Kokopo w celu załatwienia formalności wjazdowych. Droga jest wyboista, wymagająca naprawy, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadza. Po obu stronach drogi usytuowane są chaty zbudowane w sposób ,,eklektyczny”, z połączenia tradycyjnych i nowoczesnych surowców tj. drewna i blachy falistej. Twarze mieszkańców Nowej Brytanii są całkowicie różne od Trobriandczyków,  czy mieszkańców Luizjadów. Wyglądają groźnie i wojowniczo, ale zagadnięci uśmiechają się i okazują się być bardzo serdeczni.
Wiza została przyznana za 150 USD na głowę, więc od tego momentu przebywamy na terytorium PNG legalnie.
Dni w Rabaul płyną szybko i to nie wiadomo na czym, temperatura powietrza zniechęca mnie do dalekich wycieczek...Zbyszek miał więcej zapału, lecz finalnie też nie spełnił swojego minimum turystycznego. Wielką atrakcją turystyczną są tunele skalne wykopane przez Japończyków w czasie wojny, w których to chowali się wraz z swoją flotą przed bombardowaniami amerykanów.
Dzięki opiece Kristofa nie czujemy się samotnie i wiemy, że jest ktoś, kto nam pomoże.
Przed nami jeszcze ponad 2000 mil drogi. Teoretycznie mamy dużo czasu do końca urlopu Zbyszka,  ale na tych wodach wiatr nigdy nie jest pewien. Żegnamy więc Rabaul z pewnym niedosytem. Jak już wspominałem, na tych wodach wiatr nigdy nie jest pewien, najczęściej po prostu go nie ma. Lecz nam sprzyja szczęście – wieje z zachodu czyli można płynąć na północ. Bierzemy więc Nową Irlandię od zachodu.
Morze Bismarcka przed nami. Grot w górę, o foku nie wspominam, ponieważ rozwinięcie z rollera to sekundy, ale mój prawie siedemdziesięciometrowy grot zawsze jest wyzwaniem. Trochę trzeba się namęczyć. Byłem przeciwny elektrycznym windom, ale jeżeli kiedykolwiek będę miał odpowiednie pieniądze - pierwszą inwestycją będzie elektryczna winda fałowa.
Póki co płyniemy. Piękna żegluga, lecz niestety nie zdążymy rzucić kotwicy przed nocą. Planowałem dotrzeć do Kalili Harbour,  ale nie da się. Noc przed nami. Kalili jest widoczne w odległości ok 15 mil przed nami, niestety robi się ciemno i na pewno nie zdecyduję się na nocne wejście wiedząc, że mapy nie są dokładne.
Od północy pojawiła się spora ciemna chmura. Ciemna chmura może oznaczać szkwał, lecz zwykle oznacza nieco silniejszy wiatr. Nie ma więc paniki. Niestety, pomyłki się zdarzają i tym razem zawiało 45 wezłów. Grot w dół! Coż...po raz kolejny trafnym okazało się przysłowie "co nagle to po diable...". Niekontrolowany zwrot, talia zaczepia się o blok na szynie, niszcząc go a podczas zrzucania zrywa się lewy lazy jack.
Grot łopocze, ale jakoś dajemy radę. Oczywiście, podarł się przy maszcie, lecz da się naprawić.
Po chwili sytuacja opanowana. Straty w normie. Trzeba przeczekać. Przeszło.
Idzie noc. Zbyszek udaje się na odpoczynek. Ja zostaję. Około 23.00 znowu chmura... Tym razem nie dam się nabrać: fok zredukowany, grot zrzucony. I przyszło - 47 węzłów! Trwało to tylko 20 minut, ale wystarczyło aby wyrwać bimini do góry i zniszczyć śmigła wiatraka. Gdzie są wojska tam są straty.
Reszta nocy upłynęła na utrzymywaniu bezpiecznej odległości od brzegu.
Rano, wspomagani silnikiem o1200, weszliśmy do Kalili Harbour, nic nie zgadzało się z Navionicsem, wg mapy podróżowaliśmy po wyspie lub rafie. Kotwica wreszcie w dół, bo mamy już dosyć wrażeń.
Z wioski przypływają tubylcy, ale jakoś mnie serdeczni niż zwykle. Ich powtarzane pytanie o to ilu nas jest na łodzi, budzi moją czujność. Do załogi dodaję owczarka niemieckiego, którego żądne krwi szczekanie dobiega z głośników. Robi wrażenie, ale później się okaże, że nie wystarczające, gdyż w nocy ktoś wszedł na pokład i podprowadził wędkę. Jesteśmy zmęczeni, nawet Zbigniew- tak żądny poznania- odkłada lądowanie na wyspie na jutro. Popołudnie i noc były przeplatane deszczem i szkwałami. Rano naprawy: szycie grota, generator wiatrowy,ta  do którego szczęśliwie miałem zapasowe skrzydła, no i blok szyny szotów grota. W południe było po wszystkim. Zbychu popłynął pontonem na rafę, dla mnie następna rafa nie stanowiła pokusy więc zostałem na jachcie. Mieszkańcy wioski nie wydawali się być specjalnie sympatyczni więc po powrocie Zbyszka postanowiliśmy popłynąć dalej.
O 15.00 kotwica w górę, wiało od wyjścia, ale ostatecznie będziemy wracać po śladach. Fala miała około półtora metra, nie powinno więc być trudności... Ale jednak były. Słabo było widać pod słońce i kierowany przez Zbyszka odbiłem od dawnego szlaku z 20 metrów w lewo, wszystko wydawało się być w porządku... i nagle - trzy nagłe tąpnięcia o rafę. Nawet nie zdążyłem się zdenerwować. Wstecz. Udało się. Zeszliśmy. Później Zbyszek powiedział mi, że w dolinie fali obok lewej burty widział wystającą głowę koralowca. Głupi ma szczęście ale co drugi!
Do Kaviengu nie było daleko, lecz znowu nie zdążyliśmy przed nocą. A więc dryfowanie w oczekiwaniu na świt. W południe następnego dnia rzucamy kotwicę w Kaviengu. Gorąco jak w piekle, co zdecydowanie ogranicza moje zapędy turystyczne. Wszystko na co mnie stać to wyjazd na drugą stronę cieśniny do Kaviengu na targ i po piwo. Później spotkałem się z zarzutem, że moja postawa nie pozwoliła mojemu towarzyszowi podróży rozwinąć turystycznych skrzydeł, ale myślę, że zarzut ów nie miał podstaw rzeczywistych i był jedynie wyrazem własnej wrażliwości na upał. Twarze mieszkańców Nowej Irlandii wyglądają niezwykle groźnie. Ciekawostką jest, że ostatniego białego zjedzono tutaj jakieś 20 lat temu. Hmmm..no nie do końca zjedzono, bo uratował się... tyle że bez jednej nogi. Po zagadnięciu Papuasi stają się bardzo serdeczni, pozwalają sobie robić zdjęcia, nie prosząc o nic wzamian.
Jednak Kavieng zostanie dla nas po znakiem Sheili i Ariesa z Filipin, którzy przez cały pobyt w Kaviengu gościli nas u Siebie i karmili niezgorzej. W rewanżu zorganizowaliśmy dla nich małą wycieczkę Ulyssesem, z pastą wspaniale przygotowaną przez Zbycha i równie smacznymi drinkami.
Następnego dnia przy odprawie (tj.20.01), przyszło nam odpokutować za wszystkie grzechy białych kolonizatorów, gdy czarna pani oficer, wyświadczając nam łaskę odprawy, pokazała nam jak mało znaczymy tu w Kaviengu. Przyjęliśmy kierunek NW - Palau.
Ocean przywitał nas zgodnie ciszą przeplataną podmuchami wiatru, które usiłowaliśmy przełożyć na mile.  Jako, że kiepsko to wychodziło, większość czasu silnik pracował na niskich obrotach, zapewniając te 4 węzły do przodu. Podczas pływania na silniku cierpię niepomiernie oczekując kiedy się coś zepsuje... Jest to pozostałością dawnych czasów i doświadczeń kiedy silniki na jachtach przeważnie były w trakcie naprawy i zawsze były troską kapitana i załogi. Mój Yanmar nigdy nie zawiódł ale fobia pozostała.
Gdy więc na horyzoncie pokazała się wyspa Emirau,  a wiatru nadal nie było, zacząłem rozważać rzucenie kotwicy. Szalę przeważyli rybacy, którzy wprowadzili nas do laguny. Mapy oczywiście nie pokrywały się z rzeczywistością, a dodatkowo żadnych locji na ten obszar nie miałem. Emirau jest odosobnioną wyspą wysuniętą 80 mil na północny zachód od Nowej Irlandii. Ze względu na swoje położenie jest rzadko odwiedzana przez żeglarzy. Podobno ostatni jacht gościł tam przed trzema laty. Było więc niezwykle serdecznie, odwiedziło nas wielu mieszkańców, oczywiście najwdzięczniejsze były dzieci. Szczęśliwie pozostało mi trochę cukierków i drobiazgów dzięki czemu szczęście było pełne. Niekiedy serdeczność, przejawiająca się w stałej obecności na pokładzie, bywała uciążliwa. W takim wypadku po prostu nie należało się zbytnio przejmować gośćmi, tylko robić swoje. Jak wszędzie mieszkańcy byli szczęśliwi, że mogą posiedzieć w innym otoczeniu.
Zapadł mi w pamięć jednooki Gary, który z wielką dumą opowiadał o wyspie. Razem nurkowaliśmy, paliliśmy ognisko na wyspie, a złapaną młoda żółwicę postanowiliśmy - ku obopólnej uldze - wypuścić. Żal było płynąć dalej,  ale obawiając się braku wiatru w drodze na Palau, przy pierwszych podmuchach 22 stycznia, ruszyliśmy dalej.
Obraz
 
 
 

 

 


Dołącz do załogi!!

Dołącz do ZałogiRejs śladami Wagnera
To nie tylko sposób uczczenia pamięci pierwszego Polaka, który opłynął świat. Ten rejs to także okazja do spełnienia marzeń o wielkiej przygodzie, okazja do poznania nowych ludzi i samego siebie.
Być może zrobiłeś już w życiu wszystko czego chciałeś, ale jeśli ciągle czujesz głód nowych przeżyć.
dołącz do nas!!

 


Śladami Wagnera i jego Zjaw
Artykuł opisujące wrażenia z rejsu na www.pearlharbor.pl

 

 

 

 

PRAXIS FÜR ANÄSTHESIOLOGIE & AMBULANTES OPERIEREN * SPEZIELLE SCHMERZTHERAPIE & AKUPUNKTUR