Jesteś tutaj

Strona główna

Na Filipiny 16.02-22.02 2013

W sobotę rano do wyjścia z atolu podeszliśmy ze Zbyszkiem, który przeżył ten wypadek dużo mocniej ode mnie, z najwyższą starannością. Wychodząc z atolu na głębokie wody Północnego Pacyfiku cieszyliśmy się na spokojną pasatową żeglugę, bo wszystko wskazywało, że wieje pasat.

24 węzły z NE posuwały Ulyssesa na samym foku z prędkością około 6 węzłów. Nie było potrzeby stawiania grota. Potrzebna była za to jedna spokojna noc, aby ochłonąć z ,, rafowych” emocji. Gdy przywiał więc pierwszy szkwał, z siłą ponad 37 węzłów, byliśmy przygotowani. Biedni...nie wiedzieliśmy, że pozostała część przejścia na Filipiny będzie wyglądała podobnie. Przez następne pięć dni wiało średnio 27 węzłów, dla urozmaicenia przeplatane krótkim bezwietrzem i szkwałami do 50 węzłów. W ciągu dnia bywało około sześciu szkwałów, które zawsze wyglądały dość dramatycznie: czarne niebo, biała chmura deszczu wbijającego się w falę i uderzenie wiatru-  zwykle powyżej 40 węzłów. Później nieco się uspokajało, wiatr wracał do swoich 27-30 węzłów, a deszcz z ulewnego przechodził w stały. I tak dzień po dniu, bez końca. Najbardziej mecząca była jednak fala o wysokości ok.4 -5metrów, która mimo stałego kierunku wiatru, nieustannie krzyżowała się i miała zwyczaj łamać się na burcie Ulyssesa. Nigdy wcześniej, nawet w trudniejszych warunkach, fala nie wchodziła do kokpitu...ale tym razem zdarzyło się to z osiem razy i tylko dzięki przezorności Zbycha, który zamknął zejściówkę, woda nie wlała się do mesy. Nigdy przedtem woda nie dostała się do kabiny rufowej przez wentylatory, a teraz, na teoretycznie spokojnym oceanie między 7 a 10 stopniem szerokości geograficznej północnej, zdarzyło się to dwukrotnie. Jednej fali nie zapomnę...Jak ją tylko zobaczyłem, wiedziałem, że poluje na nas...Huk uderzenia wody o prawą burtę miał dźwięk młota pneumatycznego. Woda w kokpicie, fartuchy sztormowe zdjęte – ogólnie nieprzyjemnie. Zbychu, który nie miał wcześniejszego doświadczenia, przeżywał tę niepogodę dość emocjonalnie...Zapewnienia, że wszystko jest w porządku do niego nie trafiały. Patrzył na mnie oskarżycielskim wzrokiem, jak gdybym to ja sprowadził taką pogodę, a przecież też nie byłem zainteresowany. Nie były to warunki zagrażające Ulyssesowi, ale ciemne niebo, mokre sztormiaki, szkwały do 50 węzłow (i to przez kolejne pięć dni bez przerwy) nie wpływały budująco na morale i kondycję załogi. Było to ogólnie męczące. Parokrotnie wydawało się, że to już koniec zabawy w sztormowanie, ale Neptun był bezlitosny i po chwili przejaśnienia szkwał z falą deszczu przywracał nas do rzeczywistości.
Radość była więc niezwykła gdy dostrzegliśmy wyspę Siargao, która jawiła się jak ziemia obiecana, tym bardziej, że przestało padać. Otucha wstąpiła więc w nasze mokre od deszczu dusze...Jeszcze tylko 100 mil między wyspami i będziemy w Cebu. Przestało padać, wyszło słońce, a silne prądy o sile do 5 węzłów były sprzyjające. Droga wiodła między wyspami Siargao, Dinagat oraz Mindanao na Bohol Sea oraz przez Canigao Chanel na Camotes Sea i dalej już Cebu. Razem jeszcze około 100mil. Do wieczora było sympatycznie - słońce, pomyślny wiatr, wszystko jak trzeba, ale o siódmej dopadły mnie dreszcze, gorączka i zlewne poty. Trząsłem się z zimna w temperaturze 30 stopni Celsjusza przykryty śpiworem i kołdrami. Malaria. Trudno mi było w to uwierzyć, bo rzadko zdarzały się komary, jednak nie zastanawiałem się długo i od razu rozpocząłem leczenie przeciwmalaryczne. Kiepsko było ze mną następne 3 dni, lecz Malavan zadziałał.
Przed dziobem było przejście przez rafę w Canigao Chanel, co -biorąc pod uwagę poprzednie niezgodności kartograficzne- było stresujące, ale dalej czysta woda Camotes Sea do Cebu. Mieliśmy szczęście, deszcz wrócił po minięciu rafy. Wytrzymałem od północy do trzeciej, później padłem, a gdy mnie Zbyszek obudził była dziesiąta rano i byliśmy już po wschodniej stronie Cebu. Kierowaliśmy się na południe wyspy w poszukiwaniu odprawy granicznej. Cały boży dzień upłynął na pływaniu między wyspami Cebu i Mactan w poszukiwaniu celników, ale sukcesu nie było...zarówno locja jak i pytani przez nas miejscowi nie potrafili udzielić wiarygodnej informacji. Nic się nie zgadzało i nikt nic nie wiedział.
Zmęczeni wylądowaliśmy na kotwicy za Talisay Point, 7 mil na południe od Cebu....
Następnego dnia udało nam się znaleźć Cebu Jacht Club, gdzie dokonaliśmy stosownych odpraw.
Wielkie było zmęczenie ducha i materii załogi Ulyssesa, ale na szczęście Zbyszka nie opuścił duch globtrotera i dzięki temu zobaczyliśmy miejsce na wyspie Mactan, w którym 27 kwietnia 1521 zabito Ferdynanda Magellana. Postawiono tam pierwszy na Filipinach krzyż, który został później, jako relikwia, rozdrapany na drzazgi. Cebu jest najstarszym miastem na Filipinach, początek dał mu Fort San Pedro zbudowany w 44 lata po Magellanie przez Miguela Lopeza de Lagazpil, który 8 maja 1565 postawił drewnianą palisadę.
I tutaj w Cebu zakończyła się żeglarska przygoda Zbyszka Ptaka, któremu podczas chrztu równikowego nadano imię Avis Pacyfikus. 27 lutego powrócił  do rodzinnej Pszczyny. Mam nadzieję, że nasza wyprawa spełniła jego marzenia, a jego odważna decyzja dała mu poczucie spełnienia. Oby te tysiące zdjęć, które zrobił nie pozwoliły mu zapomnieć uroku Mórz Południowych.
Etap z Australii na Filipiny liczący ponad 3000 mil był niezwykle ciekawy i obfitujący w zdarzenia. Przerobiliśmy wszystko: cisze, sztormy, dwa wejścia na rafę, ponad 40 stopniowe upały, awarie sanitarne, złamany bom, podarte żagle, a także spotkaliśmy ludzi którzy żyjąc w pierwotnych warunkach potrafią cieszyć się życiem i swoją życzliwością potrafią obdarzyć wędrowców. Nigdy nie zapomnimy Panasiji, Trobriandów i ich mieszkańców. Nie sposób też zapomnieć cudów natury na Palau. Było to zetknięcie na małej przestrzeni dwóch całkowicie odmiennych postaw życiowych, dwóch mężczyzn w tym samym wieku, o zasadniczo zgodnej ocenie rzeczywistości ale o odmiennej postawie życiowej i oczekiwaniach. Pierwszy uważa, że najlepsze już za nim i nie spodziewa się zbyt wiele, a po pełnej niebezpieczeństw wyprawie marzy o spacerach z pieskiem , drugi -  przekonany, że jeszcze nie wieczór, a za horyzontem czeka Nieznane.
Obraz
 
 
 
 
 

 


Dołącz do załogi!!

Dołącz do ZałogiRejs śladami Wagnera
To nie tylko sposób uczczenia pamięci pierwszego Polaka, który opłynął świat. Ten rejs to także okazja do spełnienia marzeń o wielkiej przygodzie, okazja do poznania nowych ludzi i samego siebie.
Być może zrobiłeś już w życiu wszystko czego chciałeś, ale jeśli ciągle czujesz głód nowych przeżyć.
dołącz do nas!!

 


Śladami Wagnera i jego Zjaw
Artykuł opisujące wrażenia z rejsu na www.pearlharbor.pl

 

 

 

 

PRAXIS FÜR ANÄSTHESIOLOGIE & AMBULANTES OPERIEREN * SPEZIELLE SCHMERZTHERAPIE & AKUPUNKTUR