Jesteś tutaj

Strona główna

Luizjady( Luisiades) 17-26.12.2012

Słyszał ktoś o tych wyspach? Należą do Papua Nowa Gwinea, leżąc na południowy – wschód od głównego lądu. Nie ma sensu przepisywać danych z Wikipedii – zachęcam do jej odwiedzenia. A lepiej samych wysp. Wiadome mi było, że wyspy są” daleko od drogi”, piękne i bez elektryczności, telefonów i tym podobnych pierdół. I był to wystarczający powód aby je zobaczyć.
Można tutaj poczuć się odkrywcą bowiem mapy elektroniczne nie zupełnie oddają rzeczywistości. Obserwacja jest podstawą bezpiecznej nawigacji, dodatkowym atutem Zbyszka poza wrodzoną mu bystrością są okulary ze szkłami polaryzacyjnymi, które lepiej pozwalają ocenić podwodne przeszkody.
Rzeczywiście wpływając do atolu wokół Panasia tzw. track na mapie Navionics przebiega po rafie, która w rzeczywistości znajduje się w innym miejscu. Szukamy miejsca wolnego od korali aby rzucić kotwice, co mnie jest łatwe jako, że przecież jesteśmy na Morzu Koralowym a Luizjady mają przydomek Koralowych Ogrodów (nie mylić z Wodnymi za 50 lat w Szczecinie, których nie ma ale się o nich dużo mówi).
Rzucamy kotwicę naprzeciw wysokiego klifu i małej piaszczystej plaży z trzema chatkami na palach, które okazują się puste. Nikt nas nie wita, pirogi nie płyną?
Nasza obecność została jednak zauważona i z za wyspy pojawiają się dwie dłubanki. Pierwsi Melanezyjczycy: Juda, Sam i Graham.
Pierwszy kontakt, pierwsze wrażenia jednoznacznie oznaczają początek przyjaźni. Następują wymiany dóbr cywilizacji na dobra naturalne takie jak langusty, warzywa, owoce tropikalne. Dwa razy dziennie jemy po dwie langusty na zmianę z rybami, naturalną reakcją organizmu jest więc miłość do otaczającego środowiska i ludzi pogłębiająca się z każdą chwilą. Jako, że miłość była pielęgnowana drobnymi acz cennymi podarkami plus dodatkowo wspólne połowy, wspólnie zjedzony żółw zaowocowały zaproszeniem na Święta do macierzystej wioski Judy, który okazał się jej szefem. Wioska znajduje się na oddalonej o 15 mil Utien lub jak nazywają ją tubylcy Broka.
Panasia w połowie od strony wschodniej należy do Judy od zachodniej do Johna, przy plaży którego teraz kotwiczymy, a którego nie ma. Służy ona nie jako miejsce stałego zamieszkania ale jako baza wypadowa do połowów rekinów bo za płetwy Koreańczycy na stołecznej Missimie dobrze płacą oraz jako ogrody bowiem na górzystych wyspach trudno o ziemię uprawną.
Na zachód przedzielona wąską cieśnina znajduje się Mała Panasia, gdzie w małej wiosce mieszkają Sam i Gracham z rodziną. Wioska położona przy pięknej piaszczystej plaży i wśród turkusowych wód. Uderza w oczy liczba dzieci, każda para mimo braku polityki prorodzinnej ma ich czwórkę lub więcej. Dzieci są cudowne, nie dość ,że urzekają głębią czarnych oczu to dodatkowo są usłuchane i cieszą je cukierki – ,,lolys”.
Rafa jest nietknięta przez białego człowieka – w tym roku było tu nie więcej niż 20 jachtów , na Karaibach są ich tysiące.
Cieszymy się nurkowaniem, pięknymi widokami i dogrywamy się z Zbyszkiem jako załoga.
Zastanawiająco zgadzamy się światopoglądowo, każdą dyskusję kończymy więc twórczą konkluzją.
Niestety moje sportowe podejście do życia nie pozwala osiągnąć rozleniwiającej harmonii. A może to i lepiej? Mniej będę cierpiał gdy Zbyszek wróci na łono Basi. Jest dobrze.
21.12.zabieramy Judę z trojką dzieci na Brokę. Po drodze Juda złowił metrowego kingfisha, chce się z nami dzielić ale mamy parę kilo rekina, którego tubylcy nie jedzą - odcinają tylko płetwy a resztę wyrzucają do wody.
Przybycie Ulyssesa do wioski wywołało niezwykłe poruszenie, wkrótce byliśmy otoczeni przez pirogi z dziećmi dla których oznacza to po prostu ,,lolys”. Dzięki Darkowi Sakowiczowi byłem przygotowany: cukierki od niego przetrwały ponad 2 lata i nic nie straciły na smaku a zyskały na wartości emocjonalnej.
Umawiamy się na Święta i następnego dnia wypływamy na wyspę rękodzielników Bagaman i słynących z pięknych raf Moturinę. Pływanie wśród raf powoduje trochę emocji, szczególnie że między wyspami występują silne prądy do 5 węzłów i mimo pewnego doświadczenia można się pomylić. Niedaleko Moturiny , przy małej koralowej wysepce Pana Tatoni o mało nie weszliśmy na rafę, nie było widać nagłego uskoku z 50 metrów na metr dodatkowo spychał nas silny prąd.
W wigilię wróciliśmy na Brokę, gdzie byliśmy zaproszeni na kolację, okazuję się jednak, że coś nie wyszło i zaproszenie przełożono na pierwsze święto, przed południem. Nie martwi to nas wcale bo przy temperaturze 40 stopni trudno wywołać w sobie nastrój świąteczny.
Miejscowi zresztą celebrują święta 25.12 .głównie w formie zawodów sportowych oraz wspólnej kolacji z występami.
W pierwsze święto lądujemy na wyspie. Pół wsi odprowadza nas do chaty Judy na świąteczne śniadanie. Wszystko przygotowane: słodkie ziemniaki, taro, banany gotowane oraz coś co świadczyło o znaczeniu przybyszy: kurczak. Trochę śmiesznie ale jedli tylko goście.
Później w towarzystwie dzieci obchodzimy wyspę, odwiedzając cmentarz, którego stan oznacza ,że nie żyje się tutaj przeszłością.
Po południu przypłynął John z oficjalnym zaproszeniem ze wsi i w ten sposób zasiedliśmy ze Zbyszkiem wśród starszyzny wioskowej, mając po drugiej stronie resztę mieszkańców. Jedzenie przygotowano na stołach, przykrytych przed muchami i po odmówieniu wspólnej modlitwy zabraliśmy się do dzieła. Rodziny jadły przygotowane przez siebie jedzenie siedząc na trawie wokół kościoła. Stwierdzono: brak zadęcia religijnego i obżarstwa natomiast wszystko odbywało się w sposób pogodny i spokojny. Jednocześnie żegnano parę nauczycieli która zmieniała wyspę było więc sporo przemówień po których uczniowie i rodzice żegnali się z nimi i składając prezenty.
Cóż, jako kapitan tez czułem się zobowiązany podziękować i złożyć życzenia całej wiosce. Do późnej nocy w drugiej części obchodów trwały występy taneczne i wokalne. Święta inne niż u nas. Ważna sprawa: cała uroczystość odbyła się przy całkowitym braku alkoholu. Ogólnie Melanezyjczycy prawie nie piją.
Następne przedpołudnie spędziliśmy na skrobaniu kadłuba, który w temperaturze wody 29 stopni, obrasta niezwykle szybko.
Tęskne spojrzenie za siebie, rakiety i pomarańczowy dym na wiwat i przy aplauzie mieszkańców Broki ruszyliśmy do następnej ziemi nieznanej – Tobriandy.
Luizjady są drugim miejscem do którego chciałbym wrócić powodowany niezwykłą serdecznością ludzi i nieskażoną przyrodą.
Obraz
 
 
 
 

 

 


Dołącz do załogi!!

Dołącz do ZałogiRejs śladami Wagnera
To nie tylko sposób uczczenia pamięci pierwszego Polaka, który opłynął świat. Ten rejs to także okazja do spełnienia marzeń o wielkiej przygodzie, okazja do poznania nowych ludzi i samego siebie.
Być może zrobiłeś już w życiu wszystko czego chciałeś, ale jeśli ciągle czujesz głód nowych przeżyć.
dołącz do nas!!

 


Śladami Wagnera i jego Zjaw
Artykuł opisujące wrażenia z rejsu na www.pearlharbor.pl

 

 

 

 

PRAXIS FÜR ANÄSTHESIOLOGIE & AMBULANTES OPERIEREN * SPEZIELLE SCHMERZTHERAPIE & AKUPUNKTUR